Frankowicze 2025 – zmiany, wyzwania i szanse o unieważnienie kredytów - Kancelaria Prawna Rachelski & Wspólnicy

6 maja 2025

Anna Domin

Frankowicze – o co toczy się gra w 2025 roku?

Witamy serdecznie w kolejnej odsłonie Prawniczej Porannej Prasówki – cyklu, w którym specjalnie dla Państwa tłumaczymy i komentujemy najgłośniejsze nagłówki z ostatnich dni. Tematyka jak zawsze dotyczy spraw ważnych dla kredytobiorców – zarówno frankowych, złotówkowych, jak i tych walczących o sankcję kredytu darmowego. W tym tygodniu – jak co tydzień – towarzyszą nam eksperci z kancelarii Rachelski & Wspólnicy.
Komentuje dla Państwa mecenas Stanisław Rachelski i Mecenas Michał Tomasiak.

Przechodzimy od razu do pierwszego tematu: „Frankowicze, przedawnienie i darmowe mieszkania – o co toczy się gra w 2025 roku?” Co tak naprawdę kryje się za tym tytułem? Jak obecnie wygląda sytuacja frankowiczów w sądach? O komentarz jako pierwszego poproszę pana mecenasa Stanisława Rachelsiego.

Frankowicze i przedawnienie roszczeń – czy możliwe są „darmowe mieszkania” w 2025 roku?

Mec. Stanisław Rachelski: Rzeczywiście, w przestrzeni medialnej coraz częściej pojawia się hasło, że frankowicze mogą mieć „darmowe mieszkania”. Skąd się to wzięło? Chodzi o sytuację, w której – po unieważnieniu umowy kredytu – kredytobiorca nie musiałby zwracać bankowi pożyczonego kapitału. Taka możliwość wynika z faktu, że bankowe roszczenia o zwrot wypłaconego kapitału mogą ulec przedawnieniu. Zgodnie z orzecznictwem TSUE, termin przedawnienia dla banku wynosi trzy lata od dnia wypłaty kredytu. W praktyce oznacza to, że jeśli bank zbyt długo czeka z pozwem, może stracić prawo do odzyskania kapitału. Nic więc dziwnego, że banki – obawiając się tego scenariusza – coraz częściej występują z pozwami przeciwko kredytobiorcom o zwrot kapitału. Chcą w ten sposób zabezpieczyć swoje roszczenia, zanim będzie za późno. Warto jednak podkreślić, że w zdecydowanej większości przypadków nasi klienci zwracają kapitał dobrowolnie. Nie ma więc mowy o „darmowych mieszkaniach”. Klienci po prostu rozliczają się z bankiem z tego, co pożyczyli, a zatrzymują jedynie nadpłacone kwoty – często wraz z należnymi odsetkami.

Trzy podejścia do przedawnienia roszczeń banków

Mec. Michał Tomasiak: Temat przedawnienia roszczeń banków o zwrot kapitału w sprawach frankowych wciąż budzi spory – zarówno wśród prawników, jak i w orzecznictwie. Obecnie funkcjonują trzy główne podejścia do tej kwestii. Pierwsze podejście – „kapitał już dawno przedawniony” Zgodnie z tą interpretacją, termin przedawnienia biegnie już od chwili wypłaty kredytu. A ponieważ większość umów frankowych była zawierana w latach 2008–2009, to przy założeniu, że bank miał tylko 3 lata na dochodzenie roszczeń – wiele z nich dawno się przedawniło. To podejście jest korzystne dla kredytobiorców, ale mniej popularne w orzecznictwie. Drugie podejście – „nic się nie przedawnia do czasu wyroku” To stanowisko pro-bankowe, zgodnie z którym przedawnienie zaczyna biec dopiero wtedy, gdy sąd wyda wyrok unieważniający umowę. W praktyce – jeśli sprawa trwa kilka lat – bank zachowuje pełne prawo do żądania zwrotu kapitału do samego końca. To podejście nie znajduje jednak szerszego poparcia w sądach. Trzecie podejście – najbardziej akceptowane i potwierdzone przez Sąd Najwyższy
Zgodnie z tym podejściem, termin przedawnienia zaczyna biec od momentu, gdy bank dowiedział się, że kredytobiorca kwestionuje umowę i dochodzi roszczeń – czyli np. od daty wezwania do zapłaty lub złożenia pozwu. W naszej praktyce mamy klientów, którzy już w 2015 roku wysyłali takie wezwania do banków. Gdyby banki wtedy zareagowały – np. składając powództwa wzajemne czy dokonując potrąceń – mogłyby próbować odzyskać kapitał. Tymczasem w wielu przypadkach banki ten czas po prostu przespały – skupiając się bardziej na strategii opóźniania procesów niż na zabezpieczaniu własnych roszczeń. Efekt? Część roszczeń banków rzeczywiście mogła już ulec przedawnieniu, a to może oznaczać, że nie mają dziś podstaw do żądania zwrotu kapitału.

Mec. Stanisław Rachelski: W mojej ocenie banki przez długi czas unikały przyznania, że umowy frankowe były nieuczciwe. Zamiast zmierzyć się z problemem i poszukiwać realnych rozwiązań – takich, które uwzględniałyby interes obu stron – banki starały się promować alternatywne ścieżki: ugody, mediacje, ale bez uznania wadliwości samych umów. Można odnieść wrażenie, że priorytetem nie było naprawienie sytuacji kredytobiorcy, ale ochrona własnego kapitału – nawet kosztem przedawnienia. Gdyby banki wcześniej podjęły działania i uznały odpowiedzialność, mogłyby uratować część roszczeń. Dziś próbują je odzyskać na drodze sądowej – często za późno.

Mec. Michał Tomasiak: Dokładnie tak – banki przez lata nie podejmowały żadnych działań, by odzyskać kapitał, ponieważ każda taka inicjatywa mogłaby zostać odczytana jako przyznanie, że umowa kredytowa jest nieważna. A na to nie chciały sobie pozwolić. Dziś część banków płaci cenę za tę strategię, bo ich roszczenia mogły się już przedawnić. Choć artykuł skupia się na przedawnieniu roszczeń banków, warto podkreślić, że problem może dotyczyć również konsumentów – zwłaszcza tych, którzy do dziś nie złożyli pozwu, mimo korzystnego orzecznictwa. Dziś możemy mówić o niemal stuprocentowej skuteczności unieważnień umów frankowych, jeśli tylko spełniają one określone kryteria. Tymczasem wielu kredytobiorców od lat zwleka z podjęciem działań – mimo że sytuacja prawna już dawno jest po ich stronie. Trzeba pamiętać, że roszczenia konsumentów również mogą się przedawnić. Obecnie termin przedawnienia to 6 lat. Jeśli więc ktoś spłacił kredyt – powiedzmy – 6 czy 7 lat temu i do dziś nie wystąpił z żadnym żądaniem wobec banku, to może być już za późno. W skrócie: nie tylko banki mogą stracić swoje pieniądze przez brak działania. Konsumenci – również. Weźmy przykład: ktoś spłacił kredyt w 2019 roku i do dziś nie podjął żadnych działań. W takiej sytuacji istnieje realne ryzyko, że sąd powie: „Proszę pana, gdzie pan był przez te wszystkie lata?” Przecież już w 2019 roku zapadł głośny wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, który przesądził, że takie umowy mogą być unieważniane. Jeżeli przez 6 lat konsument nie zrobił nic – sąd może uznać, że termin przedawnienia minął. Na szczęście na razie to raczej sytuacja wyjątkowa – wielu sędziów przyjmuje, że termin przedawnienia dla konsumenta biegnie od momentu, w którym dowiedział się o możliwości dochodzenia roszczeń, np. od złożenia pozwu. Ale pewne ryzyko istnieje, szczególnie w przypadku kredytów już spłaconych. W przypadku kredytów, które są nadal spłacane, to ryzyko jest znacznie mniejsze – jednak nawet tutaj mogą się przedawniać poszczególne raty, zwłaszcza te wpłacone wiele lat temu. Dlatego warto działać jak najszybciej, zanim cokolwiek się przedawni.

Mec. Stanisław Rachelski: Problem polega na tym, że wielu kredytobiorców nadal nie ma pełnej świadomości, że mogą stracić znaczne pieniądze, jeśli nie podejmą żadnych działań. Nawet jeśli kredyt nadal spłacają – a więc nie odczuwają skutków tak mocno na co dzień – to jeśli chcą odzyskać nadpłacone środki, muszą zadbać o swoje interesy. To nie dzieje się automatycznie. Żeby odzyskać pieniądze, trzeba podjąć działanie – czyli złożyć pozew. Tylko wtedy roszczenie się „zatrzymuje” i nie ulegnie przedawnieniu. W przeciwnym razie, nawet jeżeli umowa rzeczywiście jest wadliwa, roszczenia o zwrot nadpłat mogą przepaść, bo zwyczajnie minie ustawowy termin.

Kiedy konsument może stracić prawo do zwrotu nadpłat?

Mec. Michał Tomasiak: Artykuł, o którym dziś rozmawiamy, słusznie zachęca kredytobiorców do składania pozwów. Ale moim zdaniem brakuje tam jednego, bardzo istotnego elementu: wyraźnego przypomnienia, że dla konsumentów również biegną terminy przedawnienia. A to może być silniejszy argument do działania niż jakiekolwiek medialne tytuły. Wielu kredytobiorców nadal się waha, czeka, obserwuje sytuację. Tymczasem prawo cywilne nie promuje bierności. Przeciwnie – podobnie jak w starożytnym Rzymie, wciąż aktualna jest zasada: „Pierwszy w czasie – lepszy w prawie.” Prawo prywatne, prawo cywilne – to prawo aktywnych i przedsiębiorczych. Faworyzuje tych, którzy nie tylko mają rację, ale potrafią jej dochodzić – jasno, terminowo i skutecznie. Dlatego warto działać, zanim okaże się, że czas gra na korzyść drugiej strony.

Klaudia Krzyzanowska

Klaudia Krzyżanowska

Opiekun Klienta

Ratuj swoje finanse! Zamów teraz BEZPŁATNĄ analizę umowy kredytowej i dowiedz się, jak możemy Ci pomóc.

Darmowa analiza umowy

Przechodzimy do kolejnego głośnego tytułu: „Frankowicze – wyrok dopiero w 2031? Prześwietlamy gdańskich sędziów: kto orzeka, a kto zawala frankowe sprawy” Nie da się ukryć, że w sądach rośnie liczba spraw frankowych, a wielu kredytobiorców – mimo że złożyli pozwy – wciąż czeka na wyroki. Co więcej, pojawiają się przypadki, w których terminy rozpraw wyznaczane są… na 2031 rok.

Ostatnio pod lupę wzięto sędziów z Gdańska – wskazując wprost, kto orzeka sprawnie, a kto niestety zawala terminy i sprawy. Ta transparentność może mieć znaczenie, bo pozwala kredytobiorcom zrozumieć, kto faktycznie odpowiada za przewlekłość postępowań. O komentarz w tej sprawie poproszę teraz pana mecenasa Michała Tomasiaka.

Wyrok w sprawie frankowej dopiero w 2031 roku? Gdańskie sądy pod lupą kredytobiorców

Mec. Michał Tomasiak: Do Gdańska jeżdżę zawodowo od 2015 roku i pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądała tam sytuacja na początku. Wówczas większość pozwów frankowych była składana przeciwko Bankowi BPH, który miał siedzibę właśnie w Gdańsku. Co więcej, ówczesne przepisy wskazywały, że tylko sąd właściwy dla siedziby banku mógł rozpoznawać takie sprawy. To sprawiło, że w latach 2015–2019 do Sądu Okręgowego w Gdańsku wpłynęła ogromna liczba pozwów frankowych, głównie przeciwko BPH. Sąd zwyczajnie został zapchany tymi sprawami – i to nie jest tylko problem lokalny, ale konsekwencja systemowych uwarunkowań. Dopiero później ustawodawca zmienił przepisy, umożliwiając konsumentom pozywanie banków według ich miejsca zamieszkania, co w pewnym stopniu rozładowało koncentrację spraw w jednym sądzie. Jednak te, które już wpłynęły do Gdańska, pozostały w jego gestii – nie można ich było przenieść. To jest pierwsza przyczyna opóźnień. Druga – niestety – to praktyka samego Sądu Okręgowego w Gdańsku. Z mojej praktyki wynika, że te sprawy były przez wiele lat bardzo przeciągane. Zwłaszcza na początku – w pierwszych kilku latach – obserwowaliśmy duże opóźnienia w rozpoznawaniu pozwów. Częściowo wynikało to z braku orzeczniczego doświadczenia, częściowo z niewydolności organizacyjnej.

Mec. Stanisław Rachelski: Jednym z powodów przeciągających się postępowań frankowych w Gdańsku była również niepewność orzecznicza w pierwszych latach. Część sędziów zwyczajnie nie wiedziała jeszcze, jak takie sprawy rozstrzygać – zwłaszcza że toczyły się wtedy postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, które mogły mieć wpływ na linie orzecznicze. W rezultacie wiele spraw zostało zawieszonych, albo formalnie, albo – co gorsze – po prostu przeciąganych w oczekiwaniu na orzeczenia TSUE. Taki stan zawieszenia trwał latami. Na tę przewlekłość nałożyła się też strategia procesowa Banku BPH, który – trzeba to jasno powiedzieć – był liderem w przeciąganiu spraw frankowych. Bank ten masowo powoływał nieistotnych świadków, którzy często nie mieli żadnego związku z umową kredytową danego klienta. Bywało, że w jednej sprawie występowało po kilku takich świadków, co znacznie wydłużało postępowania. To właśnie praktyka BPH w Gdańsku była jednym z impulsów do zmiany przepisów – m.in. umożliwienia przesłuchiwania świadków na piśmie. Taki tryb ogranicza nadużywanie procesowych środków obstrukcyjnych i ma skrócić czas trwania spraw. Podsumowując: obecna opieszałość gdańskiego sądu to efekt wielu nakładających się czynników.
Z jednej strony – przeciążenie sądu sprawami BPH w latach 2015–2019, z drugiej – brak systemowego podejścia i orzeczniczej jasności w tamtym czasie, a do tego dochodzi strategia banku i jego pełnomocników, oraz fakt, że BPH nie jest skłonny zawierać ugód przed prawomocnym wyrokiem. Wszystko to razem sprawia, że w Gdańsku mamy dziś – nie bójmy się tego słowa – armagedon proceduralny. I pytanie, co z tym dalej zrobić, wciąż pozostaje otwarte.

Kto zawala sprawy frankowe?

Mec. Michał Tomasiak: Trzeba sobie też jasno powiedzieć: część odpowiedzialności za przewlekłość postępowań leży po stronie sądów. W samym okręgu gdańskim złożono już ponad 140 skarg na przewlekłość – i to nie jest przypadek. Mamy do czynienia z grupą sędziów, którzy – niestety – prowadzili te sprawy bardzo opieszale. I o ile można to zrozumieć przy pierwszej, drugiej, może dziesiątej sprawie frankowej, to trudno znaleźć usprawiedliwienie przy setnej czy sto pięćdziesiątej. Te sprawy są do siebie procesowo bardzo podobne. Oczywiście, każda umowa ma swoje niuanse, każda argumentacja może się różnić, ale co do meritum, sprawy są zbieżne – a mimo to mnoży się kolejne terminy, przeciąga rozprawy, zamiast rozstrzygać wszystko na pierwszym posiedzeniu, co jest jak najbardziej możliwe. Być może potrzebne są dodatkowe szkolenia dla sędziów lub bardziej zdecydowane działania ze strony prezesów sądów. W każdym razie – coś trzeba z tym zrobić, bo obecny stan rzeczy nie służy ani sprawiedliwości, ani zaufaniu obywateli do wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, mecenasma rację – liczby mówią same za siebie. I to właśnie te liczby powinny skłonić do refleksji. Jeżeli jeden sędzia, przy takim samym obciążeniu sprawami, potrafi wydać 180 wyroków, to można mówić o pewnego rodzaju rekordzie. Ale takich sędziów, którzy wydali od 100 do 200 orzeczeń, jest więcej – i oni pokazują, że da się sprawnie procedować sprawy frankowe. Tymczasem mamy również sędziów, którzy – również przy pełnym etacie i porównywalnym wpływie spraw – wydali przez ten sam czas zaledwie 8, 10 czy kilkanaście wyroków. I tu pojawia się zasadne pytanie: O co tak naprawdę chodzi? Zaskoczyło mnie, że jeden z sędziów, u którego prowadzę kilka spraw, ma tak dużo skarg na przewlekłość – bo na pierwszy rzut oka wygląda na osobę „aktywną”. Ale kiedy spojrzeć głębiej, widać, że to często tylko pozory działania. Ten sędzia rzeczywiście formalnie „coś robi” – powołuje biegłych, zleca opinie – ale efekt jest taki, że sprawa stoi w miejscu. W moich postępowaniach żadna skarga na przewlekłość jeszcze nie została rozpoznana, a terminy się przeciągają miesiącami. To kolejny przykład na to, że brakuje rzeczywistej kontroli nad efektywnością postępowań – i że nie każda aktywność sądu prowadzi do rozstrzygnięcia. Frankowicze to odczuwają bardzo dotkliwie – psychicznie, finansowo i proceduralnie.

Mec. Stanisław Rachelski: Trzeba uczciwie powiedzieć, że dużo odpowiedzialności za przewlekłość leży po stronie samych sądów. Wcale nie było konieczności, żeby te sprawy frankowe przeciągały się przez kilka lat. Zdarzało się, że sądy okręgowe zawieszały postępowania, czekając na orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, mimo że nie było takiego obowiązku. Sam składałem w tych sprawach skargi na bezczynność – i sąd apelacyjny je uwzględniał, uchylał postanowienia o zawieszeniu i wyraźnie nakazywał sądom procedować, a nie czekać. Mimo to sądy okręgowe trwały przy swojej linii – i to właśnie ten konserwatyzm proceduralny, nieuzasadniona ostrożność, również przyczyniły się do dzisiejszych opóźnień.

Mec. Michał Tomasiak: Nie oszukujmy się – zmiana musi nastąpić w całym systemie. Tak jak jest teraz, po prostu nie może dalej być. To, o czym dziś mówimy – to tylko fragment rzeczywistości, dotyczący przewlekłości spraw frankowych. Ale warto uświadomić sobie jedną rzecz: frankowicze stanowią tylko ok. 5% wszystkich spraw toczących się w sądach. Tylko 5%! A mimo to czekają latami, czasem do 2031 roku. To pokazuje skalę problemu. Skoro tak wygląda sytuacja przy tej jednej grupie spraw, to proszę sobie wyobrazić, co dzieje się z pozostałymi 95% obywateli, którzy szukają sprawiedliwości w sądzie. To poważny sygnał, że cały system wymiaru sprawiedliwości potrzebuje pilnej, głębokiej zmiany – organizacyjnej, kadrowej, proceduralnej. Bo dziś zbyt często sprawiedliwość nie wygrywa – tylko się przedawnia.

Czy specjalistyczny wydział frankowy w Gdańsku usprawni postępowania?

Mec. Stanisław Rachelski: Niestety, tak właśnie to wygląda. Dlatego wydaje się, że Gdańsk również potrzebuje specjalistycznego wydziału do spraw frankowych – dokładnie tak, jak funkcjonuje to już w Warszawie. Taki wydział, złożony z sędziów wyłącznie delegowanych do spraw frankowych, mógłby znacząco usprawnić postępowania. Mamy tu bowiem dużą powtarzalność zagadnień prawnych i procesowych, co pozwala na szybsze i sprawniejsze orzekanie. Dziś sędziowie często muszą przechodzić z jednej zupełnie różnej sprawy do drugiej, co nie tylko wydłuża czas pracy, ale też utrudnia zachowanie ciągłości i spójności w orzecznictwie.Stworzenie wyspecjalizowanego wydziału byłoby więc naturalnym i racjonalnym krokiem – z korzyścią zarówno dla sądów, jak i dla tysięcy kredytobiorców czekających na rozstrzygnięcie ich spraw.

Dobrze, że te liczby wreszcie wybrzmiewają – nie tylko w sądach, ale też w przestrzeni publicznej. Tego typu artykuły pozwalają spojrzeć na sprawy frankowe z nowej perspektywy: przez pryzmat danych, nazwisk i konkretnych statystyk. Dzięki temu możemy wreszcie zobaczyć, jak naprawdę wygląda sytuacja w sądach – sędzia po sędzi.

Klaudia Krzyzanowska

Klaudia Krzyżanowska

Opiekun Klienta

Ratuj swoje finanse! Zamów teraz BEZPŁATNĄ analizę umowy kredytowej i dowiedz się, jak możemy Ci pomóc.

Darmowa analiza umowy

A teraz przejdźmy do ostatniego tematu dzisiejszej prasówki. A teraz przejdźmy do ostatniego tematu dzisiejszej prasówki. „Najlepsza bankowa lokata na rynku to pozew o unieważnienie kredytu we frankach (lub euro).” Czy to tylko efektowny tytuł medialny, czy może gorzka prawda o kondycji polskiego rynku finansowego? O komentarz jako pierwszego poproszę pana mecenasa Stanisława Rachelskiego.

Pozew frankowy – najlepsza „lokata” na rynku? Prawda o zyskach z unieważnienia kredytu

Mec. Stanisław Rachelski: Trzeba to powiedzieć wprost: nie ma dziś na rynku żadnej lokaty, która dawałaby takie zyski, jak pozew o unieważnienie kredytu walutowego – czy to we frankach, euro, dolarach czy innej walucie. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą ustawowych odsetek za opóźnienie, które obecnie wynoszą 11,25% w skali roku. To ogromna różnica w porównaniu z lokatami bankowymi, które oferują 2–4%. W praktyce bywa tak, że po 2, 3 czy 4 latach oczekiwania na wyrok, same odsetki są wyższe niż nadpłaty, które kredytobiorcy odzyskują z tytułu unieważnienia umowy. I nawet jeśli stopy procentowe zostaną nieco obniżone – a takie zapowiedzi się pojawiają – mówimy o różnicy rzędu pół punktu procentowego, może jednego. To nie zmieni faktu, że zysk z pozwu pozostanie wyjątkowo korzystny. Dlatego warto uzbroić się w cierpliwość i przejść przez proces sądowy. Bo – jak to powiedział jeden z naszych klientów – takiej okazji może już nie być przez całe pokolenie.

Mec. Michał Tomasiak: W debacie publicznej pojawia się coraz częściej teza, że frankowicze zarabiają na odsetkach – bo wynoszą one dziś aż 11,25% rocznie. Padają nawet stwierdzenia, że to „niemoralne”. Ale prawda jest zupełnie inna. Frankowicze nie zarabiają dlatego, że coś im się należy ponad miarę, tylko dlatego, że banki konsekwentnie odmawiają uznania oczywistych roszczeń. Gdyby bank przy pierwszym wezwaniu do zapłaty uznał wadliwość umowy i zwrócił pieniądze, żadne odsetki nie zostałyby naliczone. Tymczasem to właśnie banki – poprzez opieszałość, przeciąganie spraw, składanie kontrpozwów czy niepotrzebne próby ugód – sztucznie przedłużają proces, za który ostatecznie płacą w odsetkach. Odsetki to nie „nagroda” – to instytucja prawa cywilnego, która ma zmotywować nierzetelnego dłużnika do jak najszybszego wykonania zobowiązania. Skoro bank nie działa uczciwie i terminowo – ponosi konsekwencje. Proste. Znam nawet przypadek jednego z banków, który systemowo zrezygnował z pobierania dalszych rat od klientów, bo zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie będzie musiał je później oddać – wraz z wysokimi odsetkami. Ten bank pisze wprost: „Proszę już nam nie płacić. Poczekajmy na wyrok.” Na pierwszy rzut oka wygląda to jak ukłon w stronę klienta. W rzeczywistości to próba ratowania twarzy i ograniczania strat. Bank wie, że przegra, więc chce uniknąć dalszych kosztów odsetkowych. A jednocześnie – cały czas liczy, że frankowicz się psychicznie złamie, zmęczy się czekaniem, i zawrze niekorzystną ugodę. To strategia oparta na wyczekiwaniu i zniechęcaniu. Dlatego tak ważne jest, by kredytobiorcy zachowali spokój, świadomość swoich praw i cierpliwość. Bo choć procesy trwają długo – prawda i prawo są po ich stronie.

Ostrożnie z ugodami – pułapka podatkowa?

Mec. Stanisław Rachelski: Czasem banki, dając pozornie gotową propozycję – na przykład w ramach mediacji lub tzw. spotkań informacyjnych – sprawiają wrażenie, że chcą dojść do porozumienia z kredytobiorcą. Ale w praktyce te działania często służą jednej rzeczy: przeciąganiu postępowania i liczeniu na to, że klient się złamie i podpisze ugodę. A warto pamiętać, że nie każda ugoda jest korzystna – zwłaszcza ekonomicznie. Wbrew pozorom, podpisanie ugody może wiązać się z koniecznością zapłaty bardzo wysokiego podatku – nawet 32%. Dlaczego? Bo sytuacja każdego kredytobiorcy jest inna – różna struktura dochodów, majątku, obowiązki podatkowe. A nie każda ugoda wiąże się ze zwolnieniem z podatku. To trzeba analizować indywidualnie – a nie wierzyć w uniwersalne „oferty” banków. Dlatego przestrzegam przed zbyt pochopnym zawieraniem ugód, zwłaszcza w formułach masowych czy pod presją „korzystnych” warunków. Czasem pozorne ustępstwo banku może kosztować więcej niż walka do końca.

Mec. Michał Tomasiak: Paradoksalnie – cała ta opieszałość postępowań, o której dziś mówimy, te przeciągające się sprawy, skargi na przewlekłość i nawet przedawnienia – działają na korzyść frankowiczów, którzy zdecydowali się złożyć pozew. Bo im dłużej trwa postępowanie, tym większe odsetki, tym większa wartość roszczenia, tym mocniejsze argumenty przed sądem. Ale… frankowicz to nie liczba w tabeli – to człowiek. Człowiek z emocjami, z niepewnością, z obawą o przyszłość. I właśnie na to liczą banki: że klient się złamie psychicznie, że zmęczy się oczekiwaniem, że wybierze drogę ugody – często niekorzystnej – byle tylko „mieć to już za sobą”. Dlatego każdy frankowicz powinien mieć przy sobie mecenasa, który pomoże zachować chłodny dystans i doradzi z perspektywy prawa, nie emocji. Bo jak mówi stara rzymska zasada: „Nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie.” Samodzielna decyzja – oparta na emocjach i chwilowym zmęczeniu – może kosztować więcej niż długa, ale wygrana droga sądowa. Frankowicz nie powinien być sam.

Odsetki ustawowe kontra lokaty bankowe

Mec. Stanisław Rachelski: Warto też wyjaśnić coś bardzo ważnego dla tych, którzy próbują porównywać odsetki ustawowe z najlepszymi lokatami bankowymi na rynku. Po pierwsze – większość reklam lokat z „wysokim” oprocentowaniem to czysty marketing. Zwykle chodzi o promocyjne lokaty, które trwają tylko 3 miesiące i mają sztywny limit kwoty, często np. 10 tys. zł. Oprocentowanie 9% rocznie? Brzmi dobrze – ale w rzeczywistości, po przeliczeniu na 3 miesiące, to ułamek tego, co obiecano. To zabieg czysto reklamowy, a nie realny zysk. Po drugie – różnica polega również na opodatkowaniu. Od wygranych spraw frankowych – czyli zwrotów kapitału i odsetek – klienci nie płacą żadnego podatku.
Są z niego zwolnieni w 100%, niezależnie od wysokości uzyskanych kwot. Natomiast przy każdej lokacie – nawet tej najlepszej – obowiązuje wciąż podatek Belki w wysokości 19%. To znaczy, że prawie 1/5 zysku bank od razu potrąci na rzecz fiskusa. Dlatego nie da się tego porównać 1:1. W praktyce – odsetki ustawowe są nie tylko wyższe, ale też w pełni „na rękę”. I to kolejny argument za tym, że pozew to dziś najbezpieczniejsza i najskuteczniejsza „lokata” dla frankowicza.

Radca prawny

Mec. Michał Tomasiak: Powiedzmy sobie szczerze – realne lokaty w bankach dzisiaj to 1–3%, i to już przy bardzo dobrych warunkach. Nie mówimy o zyskach z dużego kapitału – tylko o promocyjnych lokatach na trzy miesiące, z limitem np. 10 000 zł. To oferty „na rower i płatki”, nie dla kogoś, kto ma kredyt frankowy na pół miliona. Tymczasem w sprawach frankowych mówimy o oprocentowaniu 11,25% w skali roku, często liczonym od kwoty 400 000 czy 500 000 zł. To są wartości nieporównywalne – kilkukrotnie, a nawet kilkunastokrotnie wyższe niż w bankowych ofertach. Jeden z klientów ostatnio mówił, że „widzi gdzieś lokatę na 8%”. Tyle że, jak się okazało, to była reklama – po sprawdzeniu szczegółów było to 7%, na trzy miesiące i dla kwoty do 10 000 zł. Taki jest mechanizm działania tych ofert – robią wrażenie, ale nie przynoszą realnych pieniędzy. Dlatego trzeba znać fakty i rozumieć, jak działa system. Odsetki ustawowe w sprawach sądowych to prawdziwy zysk, nie marketingowa iluzja. I warto, by frankowicze podejmowali decyzje w oparciu o rzetelną wiedzę, a nie reklamowe slogany.e bankowe „superoferty” trzeba czytać z lupą. Lokata 8%? Owszem – ale tylko na 3 miesiące. I to dla maksymalnej kwoty 10 000 zł, może – w wyjątkowych przypadkach – do 90 000 zł. To znaczy, że zysk z takiej lokaty to często tylko kilkadziesiąt złotych, a i tak od tego trzeba zapłacić podatek. To są wszystko marketingowe liczby – brzmią dobrze, ale nie mają wiele wspólnego z realnym zyskiem. Dlatego frankowicze potrzebują rzetelnej oceny sytuacji, a nie złudzeń.

Mec. Stanisław Rachelski: Dziś naprawdę nietrudno umówić się na konsultację – a warto to zrobić zanim podejmie się decyzję pod wpływem emocji. Jak już wcześniej powiedzieliśmy – najgorzej być sędzią we własnej sprawie. Dlatego lepiej porozmawiać z kimś, kto spojrzy na sytuację z dystansem, przeliczy, doradzi i przedstawi wszystkie możliwe scenariusze. My również oferujemy taką pomoc – bezpłatnie i bez zobowiązań. Wystarczy się do nas zgłosić, a chętnie pomożemy zrozumieć, przemyśleć i zaplanować dalsze działania.

To już wszystkie tematy, które dziś dla Państwa przygotowaliśmy wspólnie z mecenasami. W opisie filmu znajdą Państwo wszystkie niezbędne informacje – link do bezpłatnej analizy umowy, a także odnośniki do naszych profili w mediach społecznościowych, gdzie codziennie publikujemy aktualne wyroki i pokazujemy, jak naprawdę wygląda sytuacja frankowiczów, którzy zdecydowali się pójść do sądu. Dziękuję mecenasom za omówienie ważnych i bardzo aktualnych tematów, a Państwa zapraszam już teraz na nasze czwartkowe spotkanie o godz. 14:00. Będziemy mówić konkretnie i na liczbach:
🔸 jak wygląda sytuacja w przypadku ugody,
🔸 a jak wygląda, gdy zostają Państwo w procesie,
🔸 i co dzieje się aktualnie w sądach w sprawach kredytów frankowych.

Dziękujemy za uwagę i życzymy Państwu dobrego dnia! Do zobaczenia!

Z artykułu dowiesz się

  • Jakie są trzy główne podejścia do przedawnienia roszczeń banków o zwrot kapitału po unieważnieniu umowy kredytu frankowego.
  • Dlaczego banki mogą tracić prawo do odzyskania wypłaconego kapitału i jak wpływa to na sytuację kredytobiorców.
  • W jakich okolicznościach kredytobiorcy mogą stracić prawo do zwrotu nadpłat z powodu przedawnienia roszczeń.
  • Jakie są przyczyny opóźnień w rozpatrywaniu spraw frankowych w gdańskich sądach i jakie działania mogą usprawnić postępowania.
  • Dlaczego pozew o unieważnienie kredytu frankowego może być bardziej opłacalny niż tradycyjne lokaty bankowe, uwzględniając wysokość odsetek ustawowych.
  • Na co należy uważać przy zawieraniu ugód z bankami i jakie mogą być potencjalne pułapki podatkowe związane z takimi ugodami.
  • Jakie są różnice między odsetkami ustawowymi, a oprocentowaniem lokat bankowych oraz jakie są konsekwencje podatkowe w obu przypadkach.

Autor wpisu oraz
Mistrz prawa na stronie rachelski.pl

Anna Domin

Anna Domin

DYREKTOR MARKETINGU

Filozof, Absolwentka Wydziału Nauk Społecznych, Instytut Filozofii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Posiada 15-letnie doświadczenie w zakresie kreowanie wizerunku w oparciu o strategię marketingową 360, Specjalizuje się w obszarach związanych z marketingiem i PR, budowaniem doświadczania z marką i kreowaniem efektywnej komunikacji z rynkiem. Jej publikacje ukazywały się na łamach takich tytułów jak: Marketing i Biznes, Magazif, Design Alive, Architecture Snob, Architect@Work.